|
Rozmowa została przeprowadzona przez Ewę Szczecińską i Jana Topolskiego dla magazynu o muzyce współczesnej Glissando ( nr 3) w sierpniu 2004 we Wrocławiu.
Jan Topolski: Może to kwestia festiwalu Turning Sounds, ale Twoja twórczość kojarzy mi się przede wszystkim z elektroniką, z zaangażowaniem komputera samego lub w sprzężeniu z instrumentem. Wydaje mi się, że reprezentujesz pokolenie, dla którego komputer jest już naturalnym, być może pierwszym narzędziem. Kiedyś kompozytorzy zaczynali przy pianinie, potem nieśmiało rozpoczynali pracę w studio elektroakustycznym, traktując tę aparaturę jako coś nowego, obcego. Czy mam rację? Czy miejsce komputera i elektroniki w Twojej twórczości jest centralne? Jeżeli tak, to jak to wpływa na Twoją wyobraźnię, na Twój świat dźwiękowy?Sławomir Kupczak: Studia kompozytorskie rozpocząłem pod koniec 1998 roku, w 2001 roku napisałem pierwszy utwór elektroakustyczny. To było Concertino na skrzypce i taśmę... I wiecie co? Wcześniej byłem wielkim przeciwnikiem muzyki elektroakustycznej. Myślałem, że tworzenie takiej muzyki jest bardzo łatwe: tu uderzenie, tam ktoś kichnie, montujemy i gotowe. Dopiero, kiedy wszedłem do studia i napisałem utwór, zdałem sobie sprawę z niesamowitych możliwości komputera i że nie jest to takie proste. Komputer w pewnym sensie pomaga mi w rozwiązywaniu problemu pt. "12 dźwieków". Zdałem sobie sprawę, że aby dojść do satysfakcjonujących rozwiązań w pisaniu na instrumenty akustyczne, powinienem zacząć od komputera: dzięki wielogodzinnej z nim pracy zaczynam inaczej pisać, inaczej myśleć. J.T.: Pojawia się zagadnienie rosnącego z roku na rok znaczenia wrocławskiego studia komputerowego. Tam jest grono ludzi, którzy rzeczywiście siedzą i coś robią cały czas... S.K.: To prawda. To jest w ogóle niesamowite miejsce. To mój drugi dom. Często, więcej czasu spędzam w studio niż w domu... Ewa Szczecińska: A na czym polega ta niesamowitość? Że pracujesz, że są możliwości? S.K: Po pierwsze, są tam naprawdę kompetentni ludzie. Przede wszystkim osoba, dzięki, której to wszystko powstało - prof. Stanisław Krupowicz, Czarek Duchnowski, Marcin Bortnowski, ale oczywiście także prof. Jan Wichrowski i prof. Grażyna Pstrokońska - Nawratil, bez których pomocy i zaangażowania to studio nie funkcjonowałoby tak sprawnie. To są takie osoby, które stymulują do działania, ale przede wszystkim uczą wspaniale warsztatu. Poza tym my młodzi nawzajem bardzo sie wspieramy w swoich artystycznych działaniach. Między nami jest tzw. zdrowa konkurencja. Jednym słowem praca w Studio Kompozycji Komputerowej jest dla mnie bardzo rozwijająca i chyba tam nauczyłem się i uczę się najwięcej. J.T.: Czyli jest w gronie młodych ludzi jakieś ożywienie, jeśli chodzi o muzykę współczesną? S.K.: Tak. Od kiedy pamiętam. Spotykamy się, rozmawiamy o muzyce, wymieniamy sie płytami, a także - jeśli chodzi o kompozytorów - doświadczeniami po napisanym utworze. Nigdy nie miałem problemów np. z zebraniem dużego zespołu instrumentalnego. To były zawsze takie koleżeńskie układy. Pytałem: "Kochani, zagracie?" Oni:"CZemu nie?"...I spotykalismy się, ja na nich krzyczałem, oni sie uśmiechali, krzyczeli na mnie... I fajne koncerty wychodziły. J.T.: Wspomniałeś o powrocie do dwunastu dźwięków. Czy komputer nie umożliwił w żaden sposób wyjścia poza tę przestrzeń? S.K.: Oczywiście, że tak. Jednak, gdy siadam przed czystą kartką papieru, czuję na plecach bagaż kilku stuleci. Nie mogę się od tego całkowicie uwolnić. Wiem, do czego Wy dążycie... Zaraz będzie spektralizm... Anonimowy chór z szafy: Nie, nie, nie. Wcale nie! S.K.: Nie da sie chyba komponować zupełnie nowych, oderwanych od tradycji utworów czy uprawiać sztuki. Dla mnie problem jest po prostu nie rozwiązany. Za krótko nad nim pracuję, żeby mówić o dojściu do konkretnych wniosków. J.T.: Czym różni się dramaturgia, którą możesz stworzyć za pomocą komputera od tej, którą możesz uzyskać pisząc na zwykłe instrumenty? S.K.: Dla mnie dramaturgia, którą tworzę za pomocą komputera jest dramaturgią intensywniejszą... to znaczy , jestem chyba w stanie precyzyjniej sie wypowiadać artystycznie. Nie znaczy to jednak,że będę pisał tylko utwory elektroakustyczne. Staram się zachować jakąś równowage, pomiędzy komponowaniem na zwykłe instrumenty a tymi podłączonymi do prądu. To jest także kwestia, poznania samego siebie. Trzeba siebie wyczuć, wszystkiego spróbować. Chodzi mi oto, że w trakcie studiów sprawdzałem na ile mnie stać, mysląc: teraz napiszę w stylu barokowym, innym razem w romantycznym, później nawiążę do innych stylów czy technik i cały czas zadawałem sobie pytanie: czy ja potrafię? Teraz jestem na etapie "próbowania" komputera. E.Sz.: Czy jest jakis nadrzedny cel tych wszystkich poszukiwań? Czy to, żeby muzyka, którą piszesz, nie była letnia, żeby była konkretna? S.K.: Ja chcę, żeby ta muzyka byłą piękna. Chyba o to chodzi w sztuce... E.Sz.: A jak rozumiesz piękno?
S.K.: 200, 300 lat temu, piękno było czymś oczywistym, a teraz... To jest problem filozoficzny, estetyczny, trudno mi o tym mówić. Chciałbym, żeby muzyka, którą tworzę była piękna, wzruszająca. Ale to nie znaczy, że ma być przez to prosta czy banalna. Muzyka może być przecież bardzo złożona, skomplikowana, ale moim celem jest poruszyć słuchacza... E.Sz.: My Cię jednak przyciśniemy do ściany, żebyś powiedział, co rozumiesz pod pojęciem piękna. Odpowiedź nie ma być filozoficzna, tylko Twoja własna, osobista. S.K.: "Odpowiedzi" zawsze będą subiektywne, ponieważ treści, jakie sztuka niesie również są subiektywne. One stanowią wytwór ludzkiej fantazji, wyobraźni, i dzięki temu sztuka jest nośnikiem indywidualnego rozumienia piękna. Fajka, którą trzymam, według mnie jest piękna. Ona jest doskonała pod względem budowy, zrobiona z dobrego materiału... E.Sz.: Bo dobrze się w niej pali... S.K.: Owszem... J.T.: Gdyby do niczego nie służyła, to byłaby piękna? S.K.: Tak, byłaby piękna. Sądzę, że utwór, który w moim mniemaniu jest piękny, to taki, który zastanawia i porusza. Ale w tym celu musi być świetnie skomponowany. Ja chcę pisać takie utwory. E.Sz.: To jest dążenie... S.K.: Dążenie do stworzenia czegoś naprawdę istotnego, zastanawiającego i ważnego. E.Sz.: Mówiłeś o doskonałej konstrukcji. Ale czy sama doskonała konstrukcja wystarcza? S.K.: Sama konstrukcja absolutnie nie wystarcza. Co z tego, że utwór jest napisany świetnie warsztatowo, jesli nie ma tego "czegoś". Chodzi oto, żeby właśnie przez tę doskonałość formalną ukazać piękno... Nie wiem, jak precyzyjniej mam o tym mówić. Czujecie bluesa? Anonimowy chór z szafy: Tak, tak, tak! E.Sz.: Powiedz jeszcze, jaka jest Twoja osobista metoda zmagania się z materią dźwiękową, czy poszukiwania, dążenia do tego celu? S.K.: Wbrew pozorom pisanie na komputer i na instrumenty akustyczne nie różni się niczym zasadniczo. Dla mnie najważniejszy jest, w skrócie mówiąc, wybór początkowego materiału dźwiękowego, struktury. Jeśli widzę, że wstępne założenia prekompozycyjne są na tyle nośne, czyli, że mogę je rozwinąć np. w 15 minutowy utwór - to zaczynam pisać. Oczywiście, zanim zacznę stawiać nuty, długo noszę się z pomysłami, taki czas inkubacji jest konieczny. E.Sz.: Czy po tych paru latach komponowania, poszukiwań, znalazłeś już jakieś rozwiązania konkretne, czysto techniczne, które działają? Takie o których wiesz, że są Twoje i że to jest coś, co będzie podstawą Twojej muzyki w przyszłości? S.K.: Tak. Te rozwiązania szczególnie są widoczne w cyklu moich Anafor. Kiedy przystępuję do pisania kolejnej Anafory, wszystkie doświadczenia z wcześniejszych utworów - dobre i złe - wykorzystuję właśnie w nich. One są sumą moich doświadczeń kompozytorskich. Często między powstawaniem kolejnych Anafor, piszę kilka utworów, które są pewnego rodzaju rozgrzewką. Mój profesor od kompozycji Jan Wichrowski, stwierdził, charakteryzując moje utwory, że ich cechą szczególną jest zmienność w niezmienności. Na pierwszy plan rzuca się przede wszystkim powtarzalność. A tak w ogóle mam wrażenie, że wszystko na około sie powtarza: tramwaje jeżdżą z pewna regularnością, człowiek ma cykl regularny... Jednym słowem, powtarzalność wpisana jest w ten świat. To może truizmy, o czym mówię, ale często o tym myślę. Dlatego nie lubię utworów, w których nieustannie coś się zmienia w których antycypacja czy retrospekcja jest znikoma. E.Sz.: Czy bliskie jest Ci pojęcie gestu muzycznego? Czy masz ulubione zwroty, skoki, kroki, barwy - cokolwiek Twojego? S.K.: Wydaje mi się, że w wielu utworach świadomie lub mniej stosuję pewne rozwiązania, które mnie jakoś charakteryzują. Stanisław Krupowicz, mówi nawet o " C-dur Kupczakowskim", ponieważ ten akord, dźwiek c pojawia się w często w kluczowych dla utworu momentach. (śmiech) J.T.: Czy dażysz do stworzenia Twojego własnego języka muzycznego? Niekoniecznie systemu, ale rozpoznawalnego stylu muzycznego. Czy to jest Twoim celem? S.K.: To nie jest samo w sobie moim celem. Po prostu zaczynam używać pewnych gestów muzycznych, dzięki czemu można powiedzieć: "aha, to jest Kupczak". Mnie samemu jest dosyć trudno spojrzeć na siebie z zewnątrz. Oczywiście jestem świadomy tego co piszę. Sądzę, że indywidualny styl kształtuje się często sam, poprzez rozwijanie techniki i systematyczną pracę. Warunkiem jest jednak tworzenie utworów autentycznych, własnych, a więc: "prawdziwych". J.T.: Ale chciałbyś w te stronę dażyć? Bo można do problemu podejść postmodernistycznie, w jednym utworze jesteś taki, w drugim taki, w trzecim jeszcze kogoś innego naśladujesz i zaprzeczasz sobie samemu sprzed pięciu lat? Bo są teraz kompozytorzy, którzy tak robią. Wśród Twoich mistrzów znajdują się w końcu Krupowicz i Szymański, autorzy pojęcia "surkonwencjonalizm"... S.K.: Dla mnie okres zabawy konwencjami powoli przemija. To znaczy w moich najnowszych utworach staram się nawiązywać do pewnych konwencji w sposób bardziej wysublimowany, niejednoznaczny. Czuję, że idę już w konkretnym kierunku, przynajmniej w perpektywie dwóch-trzech lat. A w czwartym roku może wrócę do czegoś nad czym wcześniej pracowałem? To jest nieprzewidywalne. Najważniejsze, żeby poszukiwać oraz eksperymentować. E.Sz.: Chciałam zapytać się o Twoich mistrzów. Co Cię fascynowało w przeszłości i co z tego dla siebie wyciągnąłeś jako kompozytor? S.K.: Pamiętam moment. To było w starym, nieistniejącym już sklepie muzycznym we Wrocławiu. Posłuchałem tam III Partity Pawła Szymańskiego. I nogi sie pode mną ugięły z zachwytu. Byłem wtedy w klasie przedmaturalnej... Do Lutosławskiego dochodziłem dosyć długo, ale teraz nie wyobrażam sobie, ażeby nie obcować z jego muzyką przynajmniej raz w miesiącu. Dużo słuchałem Tomasza Sikorskiego, Tadeusza Bairda, jeszcze wcześniej fascynował mnie Karol Szymanowski. Co z tego dla siebie wyniosłem? Dzięki analizie utworów wymienionych kompozytorów, zdałem sobie sprawę, że tylko dzięki opanowaniu warsztatu będę mógł precyzyjnie i logicznie formułować muzyczne myśli. E.Sz.: Jesteś typem kompozytora, który jak coś fascynującego usłyszy, to od razu dociera do partytury, żeby sprawdzić, jak to jest zrobione, czy te inspiracje zachowuje gdzieś z tyłu głowy? S.K.: Na przykład Scelsi - zadaję sobie pytanie, jak on to zrobił, jak to zapisał. Bardzo chciałbym zobaczyć partyturę, ale skąd ją wziąć? inny przykład - Helmut Lachenmann, szczególnie opera Dziewczynka z zapałkami. Zachwyciła mnie ta muzyka. E.Sz.: Czy muzyka coś znaczy, czy jest absolutna? S.K.: Uważam, że jest absolutna. Zgadzam sie ze Strawińskim, ale... ona tylko i wyłącznie dla mnie coś znaczy. Ona jest umiejscowiona w czasie, przestrzeni. Ja wiem, jak dany utwór powstawał, wiem, kto mnie wtedy odwiedzał. Choć to nie ma żadnego znaczenia, że dziewczyna mnie pocałowała akurat w 958 takcie i tu bedzie kulminacja, to nie tak. Ja po prostu jestem wzruszony, kiedy słucham swoich utworów, bardzo to przeżywam. Na próbach krzyczę. Czy muzyka dla mnie coś znaczy? Tak! Jak ktoś gra mój utwór, to czuję się nagi, normalnie goły po scenie biegam, tak to jest... J.T.: Nie postrzegasz muzyki jako komunikatu emocjonalnego? Mówisz, jakby wyrażała ona Twoje emocje, Twoją biografię? S.K.: Muzyka wyraża emocje, ale są one niesprecyzowane. Każdy słuchacz indywidualnie interpretuje to, co słyszy - i nic mi do tego. Miłe jest oczywiście, kiedy moje intencje zostaną odczytane. Przyznaję jednak, że nie jest to dla mnie aż tak istotne. J.T.: Na ile poważnie traktujesz komponowanie? Czy mógłbyś robic coś innego? Czy brak zainteresowania Twoją muzyką, czy biedowanie mogłoby sprawić, żebys zrezygnował? S.K.: Takim przykładem jest tu Webern... Powiem szczerze: ja bez tego żyć nie potrafię. Czy coś mnie do tego stymuluje? Silna potrzeba tworzenia, wypowiadania się za pomoca dźwięków. Mam ostatnio szczęście, bo piszę na określone okazje, otrzymuję zamówienia. Gdybym nie miał pewności, że te utwory będą wykonane, to sądzę, że pisałbym również, choć taka sytuacja byłaby bardzo ciężka. Nie wyobrażam sobie życia bez muzyki, bycia tylko melomanem. Jednak jakakolwiek moja działalność nie miałaby sensu bez tej drugiej osoby. Nie czułbym sie do końca spełniony, gdyby tego Kogoś najbliższego przy mnie nie było. Nie wyobrażam sobie bycia samemu i komponowania. J.T.: Rozmawialiśmy z kompozytorem, który powiedział, że pisanie muzyki jest dla niego ważniejsze niż stworzenie związku. S.K.: To ja się z nim nie zgadzam, choć mogę się tylko we własnym imieniu wypowiadać. Nie widzę siebie na przykład za dwadzieścia lat samego w domu i piszącego... nie wiem, czy byłbym szczęśliwy. Teraz na pewno tak tego nie widzę. E.Sz.: Zagadnienie szczęścia jest dosyć złożone. Bo nie wiem, czy na ziemi można być tak do końca szczęśliwym... S.K.: Ale mi chodzi po prostu o miłość! E.Sz.: Ciekawe, że mówisz o tym w kontekście twórczości, że jest jakaś interakcja, że Ty to wszystko wiążesz z twórczością. S.K.: Spacer z moją dziewczyną jest tak samo ważny jak moje pisanie. To daje tyle energii do pracy i do życia. Ja mówię teraz bardzo poważnie. Jak można oddzielać te sfery życia: pisanie i cała reszta? To jakis absurd! Wszystko to składa się na codzienność i jest równie ważne. J.T.: A jak to się stało, że zdecydowałeś się na pisanie? Czy był moment przełomowy, czy to narastało stopniowo? S.K.: Dokładnie to pamietam. To był rok 1996, zima... Zawsze słuchałem muzyki współczesnej, w szkole średniej nie mogłem słuchać ciągle tych Mozartów, Beethovenów... Miałem tendencje do odchyleń. I właśnie tamtego zimowego dnia poczułem potrzebę napisania utworu. Powstał wtedy kwartet smyczkowy, w którym zawarłem wszystko, co wówczas wiedziałem o muzyce. W szkole akurat przerabialiśmy skale: to użyłem wszystkich (śmiech). Nawet miałem wykonanie tego utworu... I tak zacząłem pisać. W mojej edukacji muzycznej bardzo wiele zawdzięczam Tacie, który poświęcał mi mnóstwo czasu, kiedy uczyłem się gry na skrzypcach. Muszę powiedzieć, że Rodzice zawsze mnie mobilizowali i wierzyli w to, co robię - a to było i jest dla mnie bardzo ważne. E.Sz.: Czy ważna jest dla Ciebie kwestia korzeni? S.K.: Na pewno tak. Świadomość swoich korzeni, historii... Dlatego zakorzenienie w tradycji jest ważne, jeśli chodzi o moją twórczość. To jest punky wyjścia. Ciągle odwołuję się do różnych technik kompozytorskich, konwencji. Miałem na przykład z początku duży kłopot z muzyką elektroakustyczną, ponieważ nie znałem jej historii i wobec tego trudno mi było tworzyć. E.Sz.: Czy jest dla Ciebie ważne poznanie własnej rodzinnej przeszłości? I czy to się jakoś przekłada na twórczość? S.K.: To bardzo trafne pytanie. Moja rodzina pochodzi ze wschodu. Tata ze Lwowa, Babcia z Aschabadu - do trzydziestego roku życia mówiła po rosyjsku, dopóki nie poznała mojego Dziadka i nie zamieszkała z nim w Polsce; moja Mama do dziś używa rusycyzmów. I to na pewno ma wpływ na moją twórczość. Może dlatego właśnie lubię długie narracje, w których czas płynie wolno. Może dlatego bliskie mi są książki Andrzeja Stasiuka... Może dlatego nie pociąga mnie zachód, gdzie zawsze czuję się obco. Lubię przestrzeń, horyzont i długie spacery z osobą, którą kocham. Rozmowa została przeprowadzona przez Ewę Szczecińską i Jana Topolskiego dla magazynu o muzyce współczesnej Glissando ( nr 3) w sierpniu 2004 we Wrocławiu.
|